Od zespołu redakcyjnego
Witamy w WCWI! Nasi Czytelnicy mają dostęp do ogromnych zasobów artykułów, zdjęć, porad i ankiet. Użytkownicy mogą włączyć w bogate życie Wędkarskiego Centrum Wymiany Informacji. Stworzono w portalu wiele możliwości interaktywnej komunikacji, komentarzy czy wyrażania własnych opinii. Wystarczy tylko chcieć!
     * Istniejemy od 26 lipca 2001 r. * To już 4469 edycja WCWI! *
Advertisement
 
Interaktywnie na WCWI
Start
Trybuna Ludu
System Forów
Galeria fotograficzna
Linkownia
Tablica ogłoszeń
Przewodnik po portalu (FAQ)
Katalog główny artykułów
Start
Formy dziennikarskie i literackie
Wędkarz i ekosystem
O rybach dla wędkarzy
Metoda spinningowa
Metody gruntowe
Wędkarskie obsesje
Sztuczna muszka
Politechnika wędkarska
Wielki Informator WCWI
Turystyka wędkarska
Wędkarskie Kroniki
Start arrow Wędkarskie obsesje arrow Łowienie salmonidów arrow Przedwiosenne potokowce
   
 
Przedwiosenne potokowce Drukuj E-mail
Wędkarskie obsesje
Łowienie salmonidów
Napisał(-a) Jacek Jóźwiak *jaj*   
dnia 12.02.2005

Potokowce łowione w lutym (a teraz jeszcze wcześniej) nie są bynajmniej powodem do dumy. Ani nawet nadzwyczajnym kulinarnym rarytasem. Wychudzone, wyposzczone, niemrawo podnoszące się do przynęty i walczące zupełnie inaczej niż w ciepłych porach roku.

Pośród rozlicznych wątpliwości, jakie budzi we mnie regulamin PZW, jest i ta dotycząca przesunięcia na początek roku rozpoczęcia sezonu pstrągowego na większości polskich rzek pstrągowych. Pod ochroną pozostawiono te wspaniałe ryby niemal wyłącznie na Pomorzu. Osobiście, poszedłbym w zupełnie odwrotnym kierunku, od lat bowiem mam poważne wątpliwości, czy wyrywanie ryb osłabionych tarłem, chudych, nie przypominających zupełnie prawdziwego pstrąga, powinno być dozwolone. Sam uważam, że tę biologiczną wspaniałość powinno się chronić co najmniej do połowy marca, tak aby po zimie w spokoju nabrała sił i stała się tym, co każdemu pstrągarzowi znane jest z pełni sezonu... Cud rybą, wspaniałością nie mającą sobie równych - po prostu pstrągiem w pełni sił...

Jestem jednak realistą i wiem jak wielka jest tęsknota pstrągarzy za swoim ukochaniem. Mogą więc kręcić nosami, poddawać w wątpliwość zasadność decyzji Zarządu Głównego, ale wielu z tych "kręcących" i tak zamelduje się nad rzeczkami jeszcze w styczniu. Dostałem nawet kilka "majlów" z prośbą o artykuł dotyczący "wczesnego łowienia pstrągów" (cytuję jednego z korespondentów).

Dziennikarstwo jest zawodem usługowym, pomimo więc moich osobistych poglądów, poddaję się woli wędkarskiego ludu i przedstawiam wczesnopstrągową składankę. Uwzględniam przy tym dziwaczną zimę, z którą mamy do czynienia. Jeżeli potrwa - to żaby ruszą się z zimowisk dużo wcześniej niż zazwyczaj...

PRZED WYBUCHEM WIOSNY

Wielu wędkarzom łowienie pstrąga w lutym wydawało się paskudnym wykroczeniem przeciwko wędkarskiej etyce. Mimo że od lat regulamin pozwalał wyprawiać się na potokowca w środku zimy, to starsi pstrągarze z żalem wspominają czasy, gdy sezon zaczynał się później. Ryby w spokoju dochodziły do siebie po wyczerpujących godach i po zimie, nabierały ciała, kondycji i woli walki. Stawały się tymi pstrągami, o których marzą wędkarze - silnymi, chytrymi i walecznymi nadzwyczaj. Natomiast potokowce łowione w lutym (a teraz jeszcze wcześniej) nie są bynajmniej powodem do dumy. Ani nawet nadzwyczajnym kulinarnym rarytasem. Wychudzone, wyposzczone, niemrawo podnoszące się do przynęty i walczące zupełnie inaczej niż w ciepłych porach roku.

A jednak tysiące ludzi z utęsknieniem czeka tej magicznej daty i kiedy już można - wybiera się nad rzeki i rzeczki, gdzie drapieżnik ten bytuje. Większość moich kolegów, którzy bez łażenia za pstrągiem nie wyobrażają sobie życia, złowione chudzielce wypuszcza bez żalu, mając nadzieję, że spotka się z nimi wiosną i latem. Pstrągarstwo ma bowiem w sobie coś z nałogu, z szaleństwa, z misterium. Wszystko jest ważne - i podróż, często bardzo długa, forsowna; i wędrówka brzegiem ulubionej rzeczki, często forsowniejsza od podróży; i zmiany, jakie przyniosła zima... Choć złowienie ryby dla każdego normalnego wędkarza jest celem najważniejszym, to przecież wszystko co poprzedza ten moment, co mu towarzyszy i co go otacza, jest niezmiernie istotne. Więc niech się starsi nie dziwią, że wybiera się pstrągi z pościeli, gdy odpoczywają po tarle. Ma się do tego prawo, a na dodatek jest to dla wędkarza, który pstrągi umiłował, coś ogromnie ważnego.

SPRZĘT I OSPRZĘT

Jestem przeciwnikiem pisania o jedynie słusznych metodach łowienia, mam wręcz wrogie nastawienie do autorów, którzy pouczają czytelników i starają się swoim rozwiązaniom nadać rangę kanonu. Bywam zbyt często nad wodą i spotykam ludzi, którzy w sposób bardzo odmienny od mojego łowią ryby, aby własną technikę uważać za najlepszą.

Chętnie jednak opowiem, jak łowiłem, bodaj przez 2 lata lutowe pstrągi. Może moje spostrzeżenia wzbogacą czyjąś metodę, może wywołają dyskusję - odpowiem z przyjemnością na listy.

Pstrągowa eskapada zaczyna się w domu. Chociaż bardzo lubię odkrywać nowe rzeczki, to odkrywcze wyprawy zostawiam na późną wiosnę. Na lutowe pstrągi jeżdżę w miejsca znane od lat, a jeśli na swoje łowisko zaprasza mnie któryś z przyjaciół, to przesłuchuję go rzetelnie. Z zasady odrzucam propozycje wyjazdów na rzeczki nadmiernie zakrzaczone, o podmokłych brzegach, z obfitością źródlisk i wypływów wód gruntowych. Wolę raczej większe rzeki - takie jak Bóbr, Kwisa, górny San, Wel, Łupawa, Czarna Hańcza... Bardzo ważne jest, by ich brzegi nie zmuszały do szczególnie forsownych marszów, by podłoże było twarde, bezpieczne...

Gdy już zdecyduję się na miejsce, w którym otworzę swój prywatny sezon pstrągowy, gdy przejrzę mapę, wybiorę konkretny odcinek, to zabieram się za staranne przygotowanie stroju - co trzeba, to piorę, co trzeba czyszczę. Świeża odzież jest cieplejsza.

W styczniu z reguły odbieram z konserwacji kołowrotki, także pstrągowego Stradica 2000. Trzeba więc kupić świeże linki - na jedną ze szpul nawijam dobrą "osiemnastkę" (Ayakę lub Thora), na drugą plecionkę o wytrzymałości 4 kg. Bardzo starannie czyszczę wędzisko - ulubionym jest krótki (210 cm), trzyczęściowy "trawelek" Talona, wytrzymały kij o parabolicznej akcji i bardzo krótkim, nadgarstkowym dolniku. Jako zapasowy zabieram ze sobą superdelikatne "Senso de Luxe" o długości 240 cm. Jego pozorna miękkość i ustępliwość potrafi zamęczyć każdego zimowego pstrąga.

O ile na Talonie nawet zimą zdarzają się krew mrożące w żyłach odjazdy, młynki, siłowe przytrzymania i chamskie hole, o tyle na Senso hol bywa dłuższy, ale znacznie spokojniejszy i w ładniejszym stylu.

Potem jeszcze sprawdzam i doprowadzam do porządku "pakiet socjalny": dwa termosy - na herbatę i na flaki wołowe, pudełko na kanapki i plecaczek ze stelażem do siedzenia. Możliwość wygodnego przycupnięcia uważam za bardzo ważną podczas zimowych wypraw.

ROZTERKI Z PRZYNĘTĄ

To odwieczny problem wszystkich spinningistów - ile wziąć pudełek i co do nich załadować... Przechodziłem przez wszystkie etapy dotyczące tego problemu. Dźwigałem ze sobą cały plecak przynęt albo ograniczałem się do pojedynczego pudełka. Skrajne rozwiązania okazały się bez sensu. Od kilku lat ograniczam się do czterech niezbyt dużych pudełek. Jedno z nich - dwustronne - jest niemal puste. Mam tam jedynie kilka woblerów, które muszę mieć zawsze pod ręką i bez których czułbym się chory. Trzy, które zazwyczaj pozostają w plecaku, zapełnione są kolejno - woblerami, obrotówkami oraz wahadłowo-gumkową mieszaniną. Dopiero po przyjeździe nad rzekę i rozejrzeniu się po okolicy wypełniam wybranymi przynętami "robocze" pudełeczko. Jeżeli woda jest niska, przewagę uzyskują przynęty płycej schodzące, jeśli wysoka, to ostro nurkujące... Jeżeli woda jest mętna, wybieram więcej agresywnie pracujących "oczołomów", jeżeli klarowna, to dużo jest w pudełku wabików o barwach naturalnych i pracujących łagodniej.

Woblerki

W warunkach nie odbiegających od przeciętnej, mój komplet zawiera kilkanaście niezbyt dużych woblerów - od 5 do 7 cm. Jest teraz na rynku takie zatrzęsienie modeli, że wymienianie nazw nie ma większego sensu. Trzeba w każdym razie zadbać o to, by w komplecie mieć kilka wzorów mogących spenetrować głębokie dołki, a więc szybko nurkujących oraz kilka zanurzających się na kilkadziesiąt centymetrów. Warto zadbać, by miały zróżnicowaną akcję - od mocno wibrujących, do kolebiących się spokojniej.

Jeżeli chodzi o obrotówki, to korzystam z produktów markowych, dających mi gwarancje, że paletka kręcić się będzie natychmiast po wpadnięciu do wody. I to zarówno podczas prowadzenia pod prąd, jak i z prądem. Ulubiony rozmiar stanowi "dwójka", kształt zaś aglia. Jako że wolę szerokie skrzydełka, do kompletu obrotówek dodaję kilka "rybich główek", ekscentrycznych ciężarków na drucianej agrafce, do której dopina się błystki - pozwala to na spenetrowanie wabikiem najgłębszych nawet miejsc. Poza tym zapobiega nadmiernemu skręcaniu się żyłki.

Kilka niedużych, ale dość ciężkich wahadłówek, głównie gnomików "zerówek", uzupełnia komplet.

Ważne - przynajmniej moim zdaniem - są także barwy przynęt. Mam więc w komplecie zarówno wabiki o barwach naturalnych, ale nie unikam także kolorów fluo i bieli. Mam też kilka bardzo ciemnych wzorów, które niekiedy okazują się nadzwyczaj skuteczne.

MIEJSCA DAJĄCE WYTCHNIENIE

Wędkarze szukający pstrągów w miejscach, w których przebywają one wiosną i latem, przeżywają zimą rozczarowania. Ci, którzy przeszukują wlewy, napływy, zwałowiska, wąskie gardziele czy dołki, do których woda wdziera się z dużą siłą, bardzo często wracają znad wody bez kontaktu z rybą. I ja tak wracałem, gdy przez kilka kolejnych lat uporczywie trzymałem się letniej taktyki.

Moje przyzwyczajenia uległy radykalnej zmianie, gdy nad Sanem w pobliżu Smolnika spotykałem łowcę lipieni, miejscowego muszkarza, który niemal zawsze do łowionych na dolną nimfę lipieni dodawał jednego czy dwa potokowce. Okazało się, że zmęczone godami pstrągi zatrzymują się na stanowiskach o wiele spokojniejszych niż w cieplejszych miesiącach. Bardzo często nawet kilka sztuk można złowić na dłuższych odcinkach zrównoważonego, łagodniejszego nurtu. Warunkiem jest - przynajmniej w większych rzekach - żeby głębokość takich odcinków przekraczała półtora metra. Dobrze też, gdy dno wysłane jest sporymi otoczakami, za którymi znajdują się strefy nurtowego cienia...

Poszedłem lipieniowym śladem i na rzeczkach mniejszych znajdowałem pstrągi w obszernych dołkach na łagodniejszych zakrętach. Najlepiej darzyły kilkunastometrowe rynny na zewnętrznych łukach, głębokie prostki na odcinkach, gdzie rzeka zwężała się znacznie. W poszukiwaniach lutowych stanowisk zabrnąłem jeszcze dalej - łowiłem otóż przyzwoite kropkowańce w zatoczkach o niemal nieruchomej wodzie.

Na jednej z mazowieckich rzeczek znajdowałem pstrągi niżej niż latem. Jak gdyby zmordowane tarłem dawały się nieść wodzie na skraj swej krainy. Kiedy podczas cieplejszych zim polowałem na okonki w dole Rawki i Rządzy, niejeden raz w obrotówkę prowadzoną w stojącej niemal wodzie jakiejś zatoki bił mi zupełnie przyzwoity pstrąg. Skłoniło mnie to do przeszukiwania dolnych odcinków Welu, Tanwi, Bobru - z niezłymi rezultatami.

ZIMNE PROWADZENIE

Zarzuciłem także stosowane od kwietnia prowadzenie przynęty z prądem. Bardzo rzadko lutowy chudzielec atakował szybko spływającego woblera czy obrotówkę. Dużo lepsze efekty miałem podczas spływania przynęty łukiem - od przeciwnego brzegu, w kierunku "mojego". Nie odmawiam zimowemu potokowcowi charakterystycznej dla tego gatunku ostrożności, więc najczęściej po podaniu wabika pod drugi brzeg pozwalam mu spływać, nawet kilkanaście metrów, i ze szczytówką podniesioną wysoko i przy bardzo powolnym kręceniu korbą kołowrotka, daję mu spłynąć łukiem ku brzegowi, z którego łowię. Potem bardzo wolno, z długimi przerwami, podczas których przynęta pracuje w jednym miejscu, ściągam ją ku sobie. Bardzo często właśnie takie prowadzenie przynosiło mi pobicie albo przynajmniej wyjście.

Miejsca, na których się zatrzymuję, są rozleglejsze niż letnie stanowiska, dlatego poświęcam im więcej czasu. Doświadczenie podpowiada mi także, że pstrągi w lutym dotrzymują jak zające pod miedzą i do woblera, obrotówki czy wahadłóweczki rzadko wychodzą za pierwszym razem. Bawię się więc przynętą - na przykład podczas prowadzenia jej pod prąd otwieram kabłąk, pozwalam spłynąć kilkadziesiąt centymetrów, znów podciągam. Ten sam efekt - bezpieczniejszy dla wędkarza - wykonać można prze pomocy ruchu szczytówką.

Głębokie dołki staram się obłowić, opukując ich dno przy pomocy obrotówki przymocowanej do wspomnianej wcześniej "rybiej główki". Tu trzeba bardzo uważać, bowiem przynęta taka pracuje podczas opadania i zdarzają się wówczas pobicia. Po podaniu wabia, trzeba więc palcem wskazującym opartym na rancie szpuli kontrolować opadanie i zacinać z żyłką na palcu po wyczuciu ataku. Właśnie w taki sposób udało mi się złowić na Łupawie mojego największego "zimowca". Miał 51 cm i był chudy jak wygłodzony kiełb. Wrócił do wody, ale ja przez trzy kwadranse siedziałem na stołeczku i wracałem do siebie. Takiego wrażenie nie robią nawet kilkukilowe trocie na pobliskiej Słupii. Więc dopóki regulamin będzie pozwalał, to i ja na początku lutego znajdę czas na pstrągową rzekę i będę się starał potokowca wyciągnąć z pościeli.

Tekst pochodzi sprzed wielu lat. W ostatnich łowiłem pstrągi dopiero od marca... Koniec

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się i dodaj komentarz.

Komentarze
Przedwiosenne potokowce
Dodane przez gerard* w dniu - 2006-02-27 13:07:55
podoba mi sie to podejscie do sprawy.logika zamiast retoryki..

Powered by AkoComment 2.0!

 
 
 
Up Up
W portalu stosujemy pliki cookies w celach statystycznych. Korzystanie z witryny ze standardowymi ustawieniami przegladarki oznacza, że będa one umieszczane w Twoim urzadzeniu końcowym.
Kontynuacja przegladania portalu bez zmiany ustawień oznacza akceptację użycia plików cookies. Więcej w "Regulaminie korzystania z WCWI".