Od zespołu redakcyjnego
Witamy w WCWI! Nie ma takich samych portali, nie ma nawet podobnych - a jego zawartość to wspólny wysiłek poniesiony przez grupę zapaleńców i do tego przekazany wędkarskiej społeczności zupełnie gratis. Jeśli znalazłeś czego szukałeś - napisz o tym na forum lub w komentarzu.
     * Istniejemy od 26 lipca 2001 r. * To już 4407 edycja WCWI! *
Advertisement
 
Interaktywnie na WCWI
Start
Trybuna Ludu
System Forów
Galeria fotograficzna
Linkownia
Tablica ogłoszeń
Przewodnik po portalu (FAQ)
Katalog główny artykułów
Start
Formy dziennikarskie i literackie
Wędkarz i ekosystem
O rybach dla wędkarzy
Metoda spinningowa
Metody gruntowe
Wędkarskie obsesje
Sztuczna muszka
Politechnika wędkarska
Wielki Informator WCWI
Turystyka wędkarska
Wędkarskie Kroniki
Start arrow Wędkarskie obsesje arrow Łowienie salmonidów arrow Dlaczego łowię pstrągi dopiero od marca?
   
 
Dlaczego łowię pstrągi dopiero od marca? Drukuj E-mail
Wędkarskie obsesje
Łowienie salmonidów
Napisał(-a) Jacek Jóźwiak *jaj*   
dnia 02.02.2005

Nie rozstaję się z pstrągami. W tym roku byłem na nich już dwa razy, od kiedy mają okres ochronny... Rzecz jasna, nie chodzę ich "łapać" na wędkę, lecz korzystam z niepowtarzalnej jesiennozimowej okazji, by rozpoznać rzekę, nad która mam chęć rozpocząć swój nowy sezon. Piszę "swój", bowiem zaczynam dwa miesiące później od większości łowiących pstrągi przyjaciół.

Dla mnie to ryba wyjatkowa, ryba serdeczna, więc postanowiłem trzymać się bardzo starych regulaminów i pozostawiam jej szansę na odpoczynek i "odkucie się" po wyczerpujacym tarle.

Nie chcę dobudowywać tutaj jakiejkolwiek ideologii, tym bardziej nie chcę nikogo przekonywać do postępowania podobnie jak ja. Ten, kto łowi pstrągi od stycznia, czyli zaraz po ich miłosnym bara-bara, jest tak samo dobrym pstrągarzem jak ja i nie ma o czym gadać.

Nigdy nie chwaliłem się na łamach gazet moją fascynacja tym gatunkiem i moim osobistym stosunkiem do łowienia pstrągów. Internet jest jednak miejscem wyjątkowym, wiec mogę moim przyjaciołom po kiju i klawiaturze o tym wszystkim opowiedzieć.

W podjęciu decyzji o pozostawieniu pstrągów w spokoju do pierwszego weekendu marca skłoniłe mnie - takie to już są te życiowe paradoksy - że nie mogąc się doczekać w jakimś roku pierwszych wypraw, zacząłem jeździć nad Wel, i nad pomorskie rzeczki już w listopadzie. Te wyprawy miały na celu dwie rzeczy - po pierwsze, oczekiwałem, że takie zwiadowcze spacery pozwolą mi już w dniu inaugurującym sezon włożyć do koszyka ryby, na które czekałem tak długo. Drugi powód był trywialny - po zimie zawsze miewam tak bardzo zastane gnaty, że chodzenie na ryby sprawia mi problemy natury kondycyjnej, więc jeden czy drugi wypad przez pstrągowe habazie i grząskie źródliska pozwala na niejaką rekonstrukcję fizycznej tężyzny...

Zacząłem więc jeździć na te pstrągi w listopadowe dni. Po pierwszych odkryciach i zauroczeniach, także w grudniu. Pewnie się starzeję - pocieszam się, że może jest to wędkarskie dojrzewanie - więc nie za każdym razem muszę na ryby jeździć z wędkami, nie za każdym razem też musze je rozkładać, jeśli dotrę z nimi nad rzekę.

Wracałem z tych jesiennoziomowych pstrągowych wypraw do domu i czułem się jak po zwyczajnych, standardowych eskapadach z wędką. Byłem zmordowany, sterany, ale pełen zachwytu i zauroczenia. Dochodziło to tych zwyczajnych stanów jeszcze coś - kupa wiedzy, kupa spostrzeżeń i doświadczeń, które nie są dane temu, kto na wode patrzy wyłącznie przez przelotki.

Pstrągowe wypady niczym się od siebie nie różnią, czy lato to, czy zima. Trzeba się sprytnie ubrać - tak żeby nie było zimno, ale też w taki sposób, żeby się nie zaparzyć podczas forsowania trudniejszych odcinków. Wodery konieczne - mokro jest nad pstrągowymi rzekami zawsze; w listopadzie czy grudniu - tym bardziej.

Podobnie jak w sezonie przed wyprawami na nowe miejsca, posługiwałem się mapą przy wyborze odcinka do spenetrowania. Na samym początku na niebieską krzywą kreskę, patrzyłem tak, jakbym wybierał się na pstrągi z wędką, a nie z zaciekawionymi ślepiami. Szukałem zakrętów, skarp, patrzyłem po warstwicach, wypatrywałem suchych łąk, łęgów, nadrzecznych dróg i dróżek.

A potem zobaczyłem tarło pstrągów po drodze nad rzekę. Tarły się w rowie melioracyjnym o wartkim nurcie i twardym dnie. Ktoś tu kiedyś wywalił wywrotkę cegły po jakiejś rozbiórce; dawno, bo kanciaste bloki wypalanej gliny zaokrągliły się, rozjechały na dużej powierzchni.

Nie zauważyłbym tego miejsca, gdyby nie to, że topniejące śniegi wypełniły wodą ten rów ponad miarę i nie mogłem, ot tak, hycnąć sobie na drugą stronę. Musiałem więc iść wzdłuż tego rowka w poszukiwaniu jakiegoś mostka czy przepustu...

Po tym pierwszym razie, szukam na mapie już nie miejsc, w których łowiłbym pstrągi, lecz potencjalnych stanowisk, gdzie mógłbym je znaleźć o tej porze roku. Zapewniam was, że ktoś, kto raz widział, jak się trą te wspaniałe ryby, będzie chciał to zobaczyć po raz kolejny...

Biorę więc mapę i szukam nagromadzenia dopływów - najlepiej o wyraźnym, ale niezbyt wielkim spadku. Da się takie znaleźć po analizie topograficznych warstwic. A potem jedzie się w taki miejsca, schodzi nad rzekę i kiedy natknie się na ujście wypatrzonego siurka, idzie się w jego górę, i idzie, i idzie... Mija się niewysokie jazy - żadna to przeszkoda dla rozkochanego pstrąga. Mija się wodospadziki, przegrody - wierzcie mi, pstrąg płynący na tarło jest lepiej wysportowany od antyterrorysty, przejdzie i pójdzie wyżej... Im więcej takich przeszkód, tym bardziej niesamowitego widoku należy się spodziewać… Posłuchajcie...

Był jaz, wysoki na 30 cm... Potem był spadek do przepustu pod polną drogą, kipiel jak cholera... A potem rzeczułeczka, nie, co ja plotę, strumień rwał ostro przez lite pole. Przepłynął przez olszynę, wypadł na mokradło pozostałe po jakimś zarośniętym stawie. A potem łąka na łagodnym wzniesieniu. Szybki uciąg, woda jak w szklance, lekko zbrunatniałe od rudy darniowej żwirowe podłoże.

A potem punkt, gdzie na odcinku 20 metrów zbiega się kilka strumieni, jakieś rowki melioracyjne, czort go tam wie... Woda rwie, ma głębokość kilkunastu centymetrów, gdzieniegdzie pół metra. I pieprzą się tu pstrągi. Jeden w drugiego czterdziestak. No tak, przez jaz i przez przepust nie przejdą ledwo miarowe gluty.

Pieprzą się straszliwie. Niektóre wystają do połowy z wody. Nie dały rady wpasować się w głębsze dołki. Że coś się dzieje, widziałem ze sto metrów poniżej. Woda zaczęła mętnieć. I mętniała z metra na metr. Kiedy zobaczyłem, jak się kochają pstrągi, natychmiast sobie pomyślałem, że te dołki, w których teraz trą się największe sztuki, to ślad po zeszłorocznych rybich uniesieniach.

Nic nie widzą, poza hormonami. Można między ryby wejść z nogami. Nie wchodzę. Siadam na plecaczku. I siedzę. Jestem szczęśliwy. Nigdy bym nie przypuszczał, że w rzece, którą znam jako bardzo trudną i nienadzwyczajnie darzącą pstrągami, żyje tyle wspaniałych kropkowańców. I właśnie robią wszystko, żeby było ich jeszcze więcej.

Rozglądam się, jest tutaj ze dwadzieścia, może nawet trzydzieści par. Może niezupełnie par, bo zmienia się to wszystko jak w wyuzdanym pornolu. Niektóre konfiguracje pieprzą się tak zawzięcie, że ryją przy tym pieprzeniu dziury w twardym żwirowym dnie. Aż usuwają się do tych dziur pojedyncze otoczaki i gliniaste inkluzje.

Bożesz ty mój, jak to wspaniale, że nie łazi tutaj okoliczne włościaństwo a kłusownicy ograniczają się do bobrowania w rzece. Dobrze, że nie przyjeżdżają tu wędkarze z jakiejś Warszawy czy z innego miasta. Błogosławię ten okres ochronny. Gdyby wolno było wędkować w okresie tarła, wśród dziesięciu najbardziej etycznych znalazłby się jeden, który wlazłby w tarlisko z łapami.

O rany, ale się kochają. Jakiś samiec, pięćdziesiątak z łososiową kufą, do połowy wylazł na pożółkłą trawę i nie bardzo wie, co się właściwie stało. Aż słyszę to dyszenie. Woda mętna nie tylko od porwanej przez prąd rudy, w tym miejscu bardziej przypomina kawę z mlekiem, z mleczkiem... Ufff, kilka razy poruszył się niemrawo i strumień wciągnął go z powrotem... Stoi teraz w nieco głębszej rynience i - głowę dam - chce mu się spać. A może nawet śpi jakoś tak po rybiemu... A koło samicy już następny mąci wodę... Kilka chwil, kilka chlapnięć i znów rdzawa woda zabarwia się jaśniej...

Jestem tu na drugi dzień. Dalej trwa ten zbiorowy wysiłek natury. Dziś patrzę na to spokojniej. Będą małe w mojej rzece. Patrzcie, od lat nie zarybiano, a pstrągi są. I będzie ich jeszcze więcej... Siedzę i patrzę, nie ruszam się. Przyleciała para siwych wron. Biegają teraz niepoważnie po brzegu, raz w jedną, raz w drugą stronę. Ale sprawa jest poważna. Jeden z ptaków podlatuje, staje na kamieniu i tłucze dziobem którąś z ryb. Nie rozumiem, co się stało. Dalej się nie ruszam.

Wrona zabiła czterdziestocentymetrowego pstrąga jednym uderzeniem. Ryba spływa. Ptaki podlatują po metrze, po dwa. Wiem, że ryba się nie zmarnuje, 50 metrów niżej jest wypłycenie na zakręcie. Tam się wrony nażrą. Też będą miały dzieci... Pstrąg się zamieni w jajko...

Trzeciego dnia pusto tutaj, jakby nic się nie wydarzyło. Łażę jak jakiś Szerlok Holms i szukam śladów ludzkich. No bo, jakże to tak, jeszcze wczoraj pstrągi w miłosnych harcach ryły tu dziury w dnie, a dzisiaj strumień przelewa się klarowną strugą nad dnem ogołoconym z rdzawej warstwy darniowej rudy...

Nie, nie znajduję ludzkich śladów. To po prostu koniec widowiska. Wracam do rzeki. I teraz, bardziej uważny, zauważam te zmordowane ryby - już to przy wykrocie jakimś, już to za kamieniem. Nie srebrzą się, jak jeszcze wczoraj, nie pokazują boków. Do mojego lądowego świata odwróciły się plecami pomalowanymi w ochronny kamuflaż...

No, i idę tak sobie. I wypatruje tych grzbietów. Muszą tu być. Po takim dymaniu trzeba gdzieś przycupnąć, odetchnąć, pozbierać się. O, jest kolejny. Wielki. Może to ten półmetrowiec, co aż na trawę wylazł z tego wszystkiego? Przywarł do dna. Przypomina mi żabę. Taki jest rozczapierzony na tym dnie, przylgnięty, zmordowany...

Dochodzę do jazu. Tu widzę kilka rybich grzbietów. Woda porywa jedną z ryb i za sekundę jej ciało przewala się przez barierę jazu jak ścierka. Woda wynosi pstrąga poza pienisty bełt. Ryba stoi przed chwilę zdezorientowana, dochodzi do siebie, odpływa w bok i rozczapierza się jak ta żaba w przydennym zastoju.

Patrzę na jej grzbiet i już wiem, dlaczego starzy wędkarze łowili pstrągi dopiero od marca. To coś więcej aniżeli szacunek do piękna i wyjątkowości tych ryb. Oni nie raz, nie dwa musieli widzieć pstrągowe tarło. Ten wysiłek potworny i to szczęście najwyższe. Już wiem, że ja także pozwolę rybom odpocząć, zachować pamięć o tym wszystkim przez dwa dodatkowe miesiące.

Że ryby nie pamiętają, nie czują tak jak człowiek? Że są bezduszne? Gadanie, bzdury, jak ja mógłby tak kochać coś bezdusznego, jak kocham pstrągi. I moja miłość do tych ryb jest najlepszym dowodem na to, ze pstrągi maja duszę. I kiedy - już po pierwszym marcowym weekendzie - zdecyduję się zabić jakąś rybę i ją zjeść, to po zadaniu jej śmierci szepnę tej odlatującej do nieba rybiej duszy, że widziałem jej najpiękniejsze chwile... Koniec tekstu!

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się i dodaj komentarz.

Komentarze
Dlaczego łowię pstrągi dopiero od marca?
Dodane przez skawoj w dniu - 2006-07-12 14:41:53
:cry :cry :cry :cry Ostatnie zdanie mnie wzruszyło.

Powered by AkoComment 2.0!

 
 
 
Up Up
W portalu stosujemy pliki cookies w celach statystycznych. Korzystanie z witryny ze standardowymi ustawieniami przegladarki oznacza, że będa one umieszczane w Twoim urzadzeniu końcowym.
Kontynuacja przegladania portalu bez zmiany ustawień oznacza akceptację użycia plików cookies. Więcej w "Regulaminie korzystania z WCWI".